Ciało wie lepiej, czyli „hej kontuzjo, pa kontuzjo…”.

Chyba czas spojrzeć prawdzie, a raczej blogowi prosto w oczy.

 
Niby tu nie piszę, ale tak naprawdę piszę dużo, tylko nie publikuję, bo mam tak dużo myśli w głowie, że ciężko mi powiedzieć „tak, to jest okej, możesz wrzucać”. Ale dzisiaj, cokolwiek napiszę dalej, opublikuję 😉
 
Ostatnie 4 MIESIĄCE (!) to walka z kontuzją i ogromny mętlik w głowie.
Myśli, że taniec jest najważniejszy, że nie mogę tańczyć, że wszystko w moim życiu toczy się wokół tańca, a potem nienawiść do tańca, do możliwości mojego ciała i do tego, że nie odrobiłam lekcji, którą kiedyś dostałam od życia. W pewnym momencie odechciało mi się wszystkiego. Im dłużej nie tańczyłam, tym bardziej nie chciało mi się już tańczyć, ale też nie chciało mi się nic innego… Studiuję teorię tańca, mam znajomych, z którymi na co dzień utrzymuję kontakt praktycznie wyłącznie ze świata tańca, a jak idę do kina to na bank jest to film z tańcem w tle. Jeśli chcecie zapytać czy to paranoja, to tak, potwierdzam.
Tak nie można żyć i przekonałam się o tym przy okazji kontuzji, a umówmy się – kontuzja to pikuś przy tym, co może zaserwować nam życie.
Zbiegło się to z podejrzanym wynikiem badań mojego brzucha i wizytą u onkologów. Pytanie przed wizytą było jedno: jeśli serio dzieje się coś niedobrego w moim ciele, to jak dalej będzie wyglądać moje życie?
Wynik podejrzany jest nadal, ale nie ma powiązań z onkologią – na szczęście. Mam poczucie „uf, udało się i tym razem”, ale czuję gdzieś w ciele mobilizację, z resztą nie tylko w ciele, bo i w głowie, że naprawdę to najwyższy czas, żeby przestać marnować siły i energię, i czas na rzeczy, które nie są w naszym własnym mniemaniu tego warte. 
 
Co do kontuzji i tańca…
W pewnym momencie na szczęście trafiłam na odpowiednią fizjoterapię, przy okazji diametralnie zmieniłam sposób odżywiania, ilość snu i inne czynniki wpływające na jakość życia. Noga zaczęła się wreszcie naprawiać, a ja powoli, bardzo powoli zaczęłam wracać do tańczenia. Powrót zaczął się od salsy i bachaty, bo to najmniej kontuzjogenne style tańca z mojego repertuaru i przy okazji przypomniało mi się, że w moim tańczeniu zawsze miało chodzić o radość i przyjemność płynącą z możliwości wyrażania się bez słów, gdzieś po drodze niepotrzebnie wkradło się ciągłe niezadowolenie z siebie w tańcu… Niestety, przez jakiś czas nie rozumiałam słowa „powoli” oraz „delikatnie”, więc z dnia na dzień włączyłam codzienne kilkugodzinne treningi i taneczne, i fitnessowe, i siłowe – jak możecie się domyślić szybko tego pożałowałam, bo moja kontuzjowana noga zrobiła duży krok wstecz. Opłakałam to i pokornie wróciłam do rolowania nogi w domu. W tym wszystkim jest jeszcze moja grupa modern jazz w tle, na próby której częściej lub rzadziej starałam się zaglądać i próbować cokolwiek robić. Za tydzień zatańczymy pokazy i chociaż musiałam z części choreografii zrezygnować, bo nie jestem jeszcze w stanie zrobić niektórych elementów, to cieszę się (i trochę myślę, że to cud), że w ogóle mogę wystąpić. No i balet… o balecie w tej całej kontuzji zapomniałam, nie tęskniłam, nie płakałam za nim, nawet chyba nie miałam zamiaru wrócić do niego, ale trochę przez przypadek trafiłam w tym tygodniu na lekcję i będąc już w ruchu – zatęskniłam.
 
Wniosków tego postu szczególnych to nie ma. Ten post ma raczej służyć przełamaniu ciszy.
Bo gdybym miała to podsumować, to musiałabym napisać bardzo sprzeczną rzecz… Że ostatnie miesiące, w których utwierdziłam się, że nie można budować życia wyłącznie wokół jednej rzeczy, w tym przypadku tańca, pokazały mi jednocześnie, że taniec jednak jest tym, wokół czego chcę budować swoje życie – i taniec w wymiarze ruchowym, i w wymiarze teoretycznym. 
 
Plan na najbliższy czas jest taki, żeby doprowadzić leczenie nogi do końca, tu głównie potrzebna jest moja cierpliwość i rozsądek, żeby jednym głupim treningiem nie zaprzepaścić ostatnich miesięcy rehabilitacji. Ale plan obejmuje też kilka innych działań… o których na pewno napiszę za jakiś czas 🙂
 
I na koniec, bo to, co jest napisane obowiązuje jakoś tak bardziej niż to, co zostało tylko pomyślane…
Kiedyś często mówiłam, pisałam i myślałam, że ciało wie najlepiej. I podtrzymuję to. Nie oszukuję się, że moja kontuzja zdarzyła się ot tak, bo niestety zapracowałam na nią sama – jak tylko doleczę nogę to napiszę o tym. Ale wydarzyła się też w momencie, kiedy w moim tańczeniu było trochę za dużo frustracji, a za mało radości i choć nigdy nie powiem, że fajnie, że się zdarzyła, to rozumiem trochę jej sens i doceniam to, że dzięki niej zmieniłam kluczowe dla mojego zdrowia nawyki, o których konieczności zmiany słuchałam od lat, ale tylko zagrożenie mojego tańczenia mogło mnie do tego zmobilizować.
Ciało wie lepiej. Wie, kiedy ma za mało jedzenia, za mało snu, za dużo stresu i za dużo ruchu. Wie, kiedy Twoje działania zaczynają wpływać na Ciebie jako całość destrukcyjnie i zapewniam Cię, że ciało skrzętnie sobie odnotowuje każdą taką rzecz i upomni się o to wszystko – lepiej zareagować wcześniej niż później… Dlatego zamierzam bardzo starać się odbierać sygnały z zakodowanej w ciele intuicji i reagować na nie na bieżąco i na pewno reagować na negatywne stany psychiczne wynikające z tańczenia, bo nie o to w tańczeniu chodzi, żeby wkurzać się na każdy centymetr, którego Ci brakuje… Wiecie, że w momencie, kiedy przydarzyła mi się kontuzja mogłam podnieść nogę na jakieś 150 stopni i bardzo irytowałam się z powodu brakujących 30, a po kontuzji mogłam podnieść nogę na 50-60 stopni….? Tak, to jest zimny prysznic.
 
I w tańcu, i w życiu bardzo ważną rzeczą jest RÓWNOWAGA. 
Znajdziesz mnie tutaj!
Facebook
Twitter
Instagram

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *