Idź na swój Nanga Parbat, czyli o co mi w ogóle chodzi z tą pasją?

Bardzo często muszę gryźć się w język, żeby bliższym i dalszym znajomym nie wjeżdżać za to, jak spektakularnie marnują swój czas w życiu. Wiem, że to całkiem modne mieć obsesję na punkcie pasji, ale ja mam ją od dawna…  Nie musisz iść na Nanga Parbat, żeby żyć życiem pełnym pasji. Dzisiaj opowiem (pewnie nie krótko) o co mi w ogóle chodzi.

Jak patrzę na moją rodzinę, to niemalże każdy z jej członków ma i zawsze miał coś, czym się mega chętnie zajmował w wolnym czasie. I robił to nie z konieczności, ale właśnie z chęci. Tata od zawsze łowił ryby, co potem zaowocowało kierowniczym stanowiskiem w pewnej instytucji związanej z rybami, mama szyła i tworzyła ozdoby do domu, a teraz jeszcze intensywniej to rozwija, siostra szyła ubrania i robiła biżuterię i rzeczywiście w tych rzeczach chodziła na co dzień, kuzyn podróżował po świecie i rozmawiał z ludźmi, a teraz realizuje się jako radiowiec, kuzynka śpiewa i gra na różnych instrumentach i choć jest jeszcze bardzo młoda, myślę, że jeszcze bardzo długo będzie się tym zajmować. W moim życiu na samym początku były książki, potem rysunek, a potem taniec-fitness-taniec…

No i do czasu.

Bo potem była choroba i leżenie w łóżku. I ogromna frustracja, że nie mogę robić tego, na co mam ochotę! Nie mówię tylko o tańcu i ruchu, ale też o oczywistych dla innych rzeczach, jak pójście do kina, do teatru, a nawet na zakupy. W tym czasie nie mogłam również studiować. Specyfika mojej choroby wymagała zamknięcia się raczej w domu lub inaczej – odizolowania od wszystkich, którzy przenoszą na sobie bakterie, grzyby i wirusy. Przez mniej więcej rok czasu każdego dnia musiałam mierzyć się z frustracją, że mam ochotę coś zrobić, cokolwiek, a nie mogę… Czasami frustrowała mnie również myśl, że choć wcale nie mam na coś ochoty, to gdybym potencjalnie ją miała, to i tak nie mogłabym tego zrobić.

Trzymały mnie wtedy przy życiu, oprócz rodziny i leków oczywiście, dwie rzeczy – myśl, że jeszcze będę tańczyć i to o wiele lepiej niż wcześniej oraz rysowanie. Rysowanie było czymś, co mogłam robić leżąc. Warto wspomnieć, że moje leczenie miało różne fazy i rzeczywiście udało mi się kilka razy iść na trening, jednak było to wtedy dla mnie na tyle niebezpieczne, że szybko odpuściłam, no i prawdę mówiąc im dalej leczenie postępowało, tym rzadziej miałam w ogóle siłę pomyśleć, że może bym potańczyła.

Byłam wtedy bardzo młoda, miałam 19 lat, nie miałam pojęcia co będę robić w życiu, bo choroba całkiem nieźle zweryfikowała moje naiwne plany i naprawdę serio nie miałam pojęcia w którą stronę mam iść. Miałam jeden cel: wyzdrowieć i wrócić do formy. To był cel, nie plan i też życie to zweryfikowało. Ale zanim to, to nauczyłam się kilku rzeczy i dzisiaj jestem za nie bardzo wdzięczna. Najważniejsza nauka w tym temacie to, że naprawdę z perspektywy wszechświata jesteś dużo mniej ważny niż Ci się wydaje. Tak, naprawdę tak uważam i wcale nie jest to pesymistyczne. To jest uwalniające! Tak naprawdę jedyną osobą, której możesz spieprzyć życie oddając się swoim zainteresowaniom jesteś Ty sam. Druga rzecz to, że bez sensu jest nie robić tego, co chce się robić. To, że musisz pracować, żeby mieć pieniądze na życie jest oczywiste, nawet jak tej pracy nie lubisz. Ale to co robisz po niej…. zależy tylko od tego, co chcesz robić i czy jesteś gotowy na podjęcie wysiłku. I to się wiąże z kolejną rzeczą, czyli tym, że większość ludzi nie ma pojęcia jak dużo czasu i siły ma, a wcale z tego nie korzysta. Uwierz, kiedy masz 19 lat, leżysz ciężko chory w łóżku i nie bardzo masz siłę iść do sklepu to dobitnie uderza w Ciebie to jak wielkie możliwości mają Twoi zdrowi rówieśnicy. Twoi znajomi. I jak wielkie możliwości Ty miałeś i pozwalałeś im mijać oglądając popołudniami głupie programy w TV.

Bardzo się wtedy irytowałam widząc młodych ludzi pogrążonych w marazmie. Ludzi, którym się nic nie chce. Którzy po 2 zajęciach na uniwersytecie w ciągu dnia są tak zmęczeni, że nie są w stanie z siebie nic wykrzesać. W weekendy muszą odpocząć po ciężkim tygodniu, który patrząc z boku wcale ciężki nie był. Nie robią nic z tych rzeczy, które mogliby robić, a które ja chciałam robić, ale nie mogłam. Marnują czas, czas życia, który w trakcie mojej choroby był dużym znakiem zapytania i przyznaję, byłam wściekła, że oni ten czas mają i nic z nim nie robią, nie rozumieją jak cenny jest. Z czasem, po powrocie do zdrowia zaczęłam postrzegać to łagodniej, tłumaczę sobie „Kasia, to nie jest Twoja sprawa” i robię swoje. Ale to „Kasia, to nie jest Twoja sprawa” zostało mi do dzisiaj, kiedy widzę mistrzów marnowania swojego życia. Nie chcę być źle zrozumiana – nie chodzi mi o robienie kariery w korporacji czy o to, że ktoś gra na ulicy na tamburynku, nie chodzi mi też o to, że ktoś leży kilka tygodniu w łóżku i ogląda seriale… o ile po tych kilku tygodniach wstanie i pójdzie do swoich zajęć. To są normalne rzeczy, to są nasze wybory i nic nikomu do tego. Mnie razi to, że ktoś nie ma w życiu absolutnie żadnej pasji, żadnej zajawki i nie robi nic, żeby ją mieć z czystego lenistwa. Mierzi mnie to, bo choć jestem od 7 lat zdrowa, cały czas patrzę na takie osoby oczami kogoś, kto chce żyć i chce realizować swoje pasje, a ze względu na chorobę ma ograniczony czas. I po prostu tym zdrowym ludziom tego czasu zazdrości.

Mi to, że mogłam rysować i mogłam marzyć o powrocie do tańca pozwoliło przetrwać najgorsze chwile w życiu. I te z czasu chemioterapii, i te z czasu choroby serca, ale też te, kiedy byłam w żałobie, kiedy postrzegałam przyszłość z perspektywy bardzo trudnej przeszłości i nie wyglądała ona wtedy kolorowo. Prawdopodobnie nigdy nie uda mi się przekazać tego, jak te rzeczy są dla mnie ważne, ale jestem pewna, ze bez nich by mnie nie było, a nawet gdybym była… to nie chciałabym się przekonać jak wyglądałoby moje życie wtedy.

Ale też wiem, że w kwestii pasji mam niespotykane szczęście. Znam naprawdę dużo osób. Miałam już na tyle dużo zainteresowań (nawet przelotnych) i znajomych, a za ich pośrednictwem poznawałam kolejnych, że teraz w gronie moich znajomych są:

  • osoby, które tańczą, zajmują się fitnessem, gimnastyką artystyczną;
  • osoby, które poważnie zajmują się sportem: koszykówką, siatkówką, piłka nożną, tenisem ziemnym, pływaniem, wspinaczką, sztukami walki, bieganiem…
  • osoby, które rysują, malują oraz rzeźbią,
  • osoby, które podróżują autostopem po całym świecie,
  • osoby, które wspinają się w Himalajach,
  • osoby, które projektują i wykonują meble,
  • osoby, które robią biżuterię i to nie tylko z koralików, ale ze srebra i złota,
  • osoby, które projektują i szyją ubrania, ale też zajmują się stylizacjami,
  • osoby, które wymiatają w trikach yoyo (nie mam pojęcia jak to poprawnie odmienić),
  • osoby, które tworzą ozdobne przedmioty do wnętrz,
  • osoby, które robią ręcznie zabawki – i z materiałów, i z drewna… i ze wszystkiego,
  • osoby, które jeżdżą na BMXach i na deskorolkach – no a przy okazji na rolkach i łyżwach (wyczynowo!) też,
  • osoby, które robią naturalne kosmetyki,
  • osoby, które piszą doktoraty i to nie „żeby zaliczyć”, ale pasjonują się tym, o czym piszą,
  • osoby, które zajmują się fotografią,
  • osoby, które wiedzą absolutnie wszystko o modzie, modelkach, projektantach i wszystkim tym, o czym ja nie mam pojęcia, bo najbardziej lubię dresik,
  • osoby, które zajmują się matematyką i liczbami i robią coś poważnego z nimi, ale nie wiem co,
  • osoby, które wiedzą wszystko o prawie i (dla mnie niestety ;)) to ich ulubiony temat,
  • osoby, które zajmują się drukarkami i drukiem 3D,
  • lekarzy i fizjoterapeutów, którzy wykonują swoją pracę z największym możliwym zaangażowaniem i wiedzą o każdej nowince ze swojej dziedziny,
  • osoby, które zajmują się historią, językami obcymi, innymi kulturami, walką o prawa człowieka, walką o dobry los zwierząt…

… i takich osób znam jeszcze wiele więcej. Nie chodzi mi o chwalenie się kogo znam, gdybym chciała to mogłabym rzucić kilka nazwisk 😀 Chodzi mi o to szczęście, że choć ja zajmuję się tańcem, to kiedy czasami życie mnie przygniata i odechciewa się wszystkiego, to mam tego nieszczęsnego Facebooka, na którym CODZIENNIE znajdę wpis kogoś znajomego, kto ma ogromną pasję do czegoś innego niż taniec i wrzuca swoje prace, wyniki, postępy… To jest bardzo prosta zasada – im dłużej przebywasz w towarzystwie mega inspirujących osób, tym większą szansę masz na przyswojenie i zaadaptowanie tej tony inspiracji do działania. I działa to w druga stronę również. Dlatego zawsze kibicuję moim znajomym, którzy tańczą, piszą książki, dłubią w drewnie czy biegną przez góry, bo choć w zupełnie innej dziedzinie – doskonale wiem z czym taką pasję się je…

Ale o co mi w ogóle chodzi…

O to, że nie wierzę, że jest na świecie chociaż jedna osoba, która naprawdę niczym nie mogłaby się zajarać. Uważam, że każdy może znaleźć mój odpowiednik tańczenia, tylko musi po prostu rożnych rzeczy spróbować. I warto pamiętać, że pasja wcale nie musi być na zawsze i nasz rozwój jest na tyle ważny, że jeśli z biegiem lat przerzucam się na coś innego no to super, who cares…? Mam bardzo osobisty stosunek do takiego „przeoddychania” życia, zamiast prawdziwego głębokiego przeżycia go. Nie chcę, żeby ludziom cały rok zlewał się w jedno, a w grudniu żeby mogli tylko powiedzieć, że no pracowali i „ale ten czas szybko leci”. No leci, przed telewizorem leci tak samo szybko jak na treningu tańca czy podczas wspinaczki na Nanga Parbat, tylko trochę inaczej to wypada na podsumowaniu roku… albo życia. I nie chodzi też o to, żeby szukać pasji na siłę i wciskać różne zajęcia w swoje życie tylko po to, żeby nie denerwować chorych osób. Chodzi o to, żeby każdego dnia budować sobie zasoby, z których będzie można skorzystać kiedy w Twoim życiu zrobi się naprawdę beznadziejnie, a pasja jest olbrzymim takim zasobem i w ciężkich chwilach może być źródłem wspomnień, może być tym tu i teraz, co pozwala przetrwać, ale może być wtedy też celem i motywacją do przejścia przez ten życiowy bałagan.

Ale tak naprawdę to… Kasia, ciii, to nie Twoja sprawa… 😀

Na koniec podrzucam link do wpisu, w którym kiedyś próbowałam nakreślić moją wdzięczność wobec tańca, ale jest to też trochę odpowiedź dla wszystkich tych, którzy mieliby ochotę powiedzieć „łatwo ci mówić, ty to masz…”. Uwierzcie, jeśli ja coś mogłam zrobić, to Wy też na pewno możecie.

Hej Taniec, jestem Ci wdzięczna za… [KLIK]

A czemu Nanga Parbat? Bo naprawdę różnych ludzi miałam okazję poznać!

Znajdziesz mnie tutaj!
Facebook
Twitter
Instagram

3 Replies to “Idź na swój Nanga Parbat, czyli o co mi w ogóle chodzi z tą pasją?

  1. Pingback: 2019

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *