Taniec i koniec roku 2017 – co tańczę, czego nie tańczę i czy w ogóle zamierzam dalej tańczyć?

Powoli zbliża się koniec roku, a to czas podsumowań i postanowień. U mnie postanowień nie będzie, bo po raz kolejny w tym roku nieco przejechałam się na nich – nie tyle dlatego, że nie chciało mi się ich realizować, co po prostu poboczne okoliczności sprawiły, że musiałam mocno zmienić priorytety. I rzeczywiście zmieniłam – dlatego dzisiaj chciałabym Wam napisać co obecnie znaczy dla mnie taniec, co aktualnie tańczę, czego nie tańczę, czy będę w ogóle jeszcze tańczyła i dlaczego.

Moje taneczne plany na 2017 rok rozbiły się dosyć szybko o rzeczywistość – już w lutym naderwałam mięsień dwugłowy w dwóch miejscach. Okoliczności, błędy jakie popełniłam wtedy oraz cały proces gojenia to temat na osobny post, wystarczy, że dzisiaj powiem, że mam dosyć słabe zdolności regeneracyjne organizmu i noga niechętnie wracała do formy. Myślałam, że 6 tygodni i będzie po problemie, tak naprawdę wróciłam do sprawności po około 8 miesiącach, ale do dzisiaj czuję konsekwencje tej kontuzji. Ten problem i szereg innych, mniejszych, choć też związanych ze zdrowiem doprowadziły do jednego wniosku: tak dalej być nie może. Diametralnie zmieniłam swoją dietę, cały czas walczę o przyzwoitą ilość snu, ale pozostała kwestia ilości i jakości tańca. Bardzo długo walczyłam w głowie z tą kwestią, ale wniosek cały czas wydawał się oczywisty. I tak zacznę od tego, czego nie tańczę…

Nie tańczę aktualnie tańca klasycznego. O pointach w ogóle zapomniałam. Mam obecnie nie tyle kontuzje, co pewnego rodzaju problemy związane z nogami, miednicą i plecami, raczej to kwestie mięśniowe niż stawy. Oczywiście czasami idę na lekcję klasyki, ale niestety chodzenie na balet kilka razy w tygodniu kończył się tak dużym dyskomfortem bólowym, że właściwie byłam wtedy wyłączona z tańczenia całej reszty. W sumie to nie jest postanowienie, że już tego nie tańczę, bo w każdym miesiącu zdarzają się lekcje klasyki, na których jestem spontanicznie, ale nie mogę teraz w moim odczuciu powiedzieć, że trenuję klasykę. Czy powrót na balet to moje postanowienie na przyszły rok? Chciałabym, ale naprawdę nie chcę już planować takich rzeczy, bo potem przy każdej kontuzji robi się dramatycznie…

Kolejną rzeczą, której nie tańczę jest moja ukochana bachata. I tu dwa problemy. Pierwszy związany również ze zdrowiem – muszę bardzo ograniczyć tańczenie w butach na obcasie. A ja nie lubię tańczyć nie na obcasie. I dlatego łącząc to z kwestią drugą, czyli ogromnym brakiem czasu na cokolwiek, kiedy mam teoretycznie okazję pojechać na trening bachaty, to kiedy myślę, że pojadę zajechać się jeszcze bardziej, a nawet nie mogę tańczyć na moich ukochanych obcasach, po prostu odpuszczam. Tu jest jeszcze jedna kwestia, mianowicie nie widzę teraz w Warszawie żadnych zaawansowanych ciekawych zajęć, dla których warto by było zrezygnować z innych treningów, żeby zrobić miejsce w moim grafiku – jak jestem w błędzie i jest coś fajnego to dajcie mi koniecznie znać 🙂

Klasyka i bachata to takie dwie największe zmiany w tym roku. Ale to, że ich nie tańczę nie znaczy, że wieczorami leżę na kanapie – mimo że nawet czasami bym chciała. Dzisiaj bardzo bym chciała 😀

Tu dochodzimy do kwestii tego, co tańczę. Tańczę cały czas w grupie modern jazzu, z którą robimy etiudy i szykujemy się do zrobienia spektaklu. To taki najbardziej stały punkt w moim grafiku, który zajmuje trochę czasu, a od nowego roku prawdopodobnie zajmie jeszcze więcej. Drugą rzeczą, którą obecnie tańczę jest… wszystko. Te moje problemy zdrowotne doprowadziły jakiś czas temu do dużego zniechęcenia. Nie miałam ochoty w ogóle tańczyć, wszystko mnie irytowało, na nic nie miałam czasu, wszystko mnie bolało i tak dalej. Miałam dosyć kompromisów i tego, że nie mogę zrobić wszystkiego na zajęciach. W sumie doszłam w mojej frustracji do takiego punktu, w którym albo mogłam zrestartować wszystko, albo zakończyć moją przygodę z tańczeniem. Postanowiłam spróbować tej pierwszej opcji i chodzić na to, na co mam ochotę danego dnia. Albo nie chodzić i przekonać się, że niepójście tez jest okej. Dlatego teraz można mnie spotkać na salsie, chachacha, zajęciach latino, czasami videoclip, czasami na tańcu klasycznym, czasami współczesnym i bardzo trzymam kciuki na znalezienie czasu na powrót do tańca towarzyskiego. Chętnie też po 10 latach wróciłabym na hip hop 😀

Tego nie tańczę, to tańczę… No dobrze, a jak mi z tym jest? Na chwilę obecną spokojnie, choć przyznaję, że jest to kwestia tak dynamiczna, że niewykluczone, że jutro będę obrażona na świat, że nie chodzę na klasykę. Ale tańce takie jak salsa czy chachacha są dla mnie tak bardzo ukochane, że chodzenie na nie to czysta przyjemność i odpoczynek – i radość z tańca, mimo że nie będzie on nigdzie prezentowany. W ogóle moje życie i osobowość taneczna dzielą się na dwie strony: jedna to jazz i klasyka, które bardzo lubię, ale na których walczę o przetrwanie oraz na drugą, gdzie są tańce latynoskie, taniec komercyjny, gdzie czuję się jak ryba w wodzie i je absolutnie kocham, ale czasami zaczynam się nimi nudzić i szukam wtedy nowości. No właśnie, a co do prezentacji… W tym roku ze względu an kontuzję było ich zdecydowanie mniej, za to rok 2018 pod tym względem zapowiada się całkiem ciekawie. Mam na oku kilka projektów teatralnych, ale też kilka pokazów z tańców latynoskich. Szczerze mówiąc już teraz zastanawiam się jak to wszystko ogarnąć, bo po prostu projekty pokrywają się czasowo. Ale nie jestem do nich bardzo przywiązana. Jeśli miałabym tańczyć mniej ze względu na zdrowie, mam na myśli przede wszystkim kontuzje, to jestem gotowa na zrezygnowanie z czegoś. Niestety, ale taka ilość tańca, jaką czasami sobie serwuję zupełnie nie sprzyja regeneracji (mam na myśli 6-7 dni w tygodniu z tańcem po kilka godzin, oczywiście po pracy w wymiarze minimum 8h dziennie), co przy moim raczej słabym organizmie skutkuje naderwaniami, zwichnięciami i innym takim przypadłościom. A to oznacza całkowitą przerwę… I szczerze, tego już nie zniosę drugi rok z rzędu.

Tak to wygląda na koniec 2017 roku. Prawdę mówiąc wchodziłam w ten rok z dużymi postanowieniami i planami związanymi z tańcem, a wyszło jak wyszło. Nie widzę w tym swojej winy, albo inaczej: widzę ogromną moją winę w samym nabyciu kontuzji, ale to, że potem nie tańczyłam tyle, ile bym chciała to już nie moja wina. Nie mam poczucia, że mogłam więcej, ale byłam leniem czy coś takiego. Robiłam tyle, ile mogłam. Ten rok to taki taneczny misz-masz, poszukiwanie radości z tańca, o której naprawdę łatwo zapomnieć jak się wpadnie w taneczną codzienność (kto ma jaką rolę, kto ile tańczy, kto w jakim kostiumie, kiedy dodatkowe próby…) podlaną takim codziennym i zawodowym życiem. Zmęczenie raczej nie podsyca radości życia. Ten rok to też przy okazji krok wstecz w moim myśleniu o teorii tańca, o tym czego chcę i jakim sposobem – krok wstecz bardzo potrzebny, bo w pewnym momencie zorientowałam się, że idę ścieżką, która w ogóle mi się nie podoba, ale którą sobie wymyśliłam i obrałam nigdy nie weryfikując jej. Trochę wygląda to tak, że znowu stoję w punkcie wyjścia, ale przynajmniej z tego punktu widać całkiem niezłe perspektywy 🙂

Znajdziesz mnie tutaj!
Facebook
Twitter
Instagram

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *