„Prosimy na scenę…” – rozmowa z Zuzią o amatorskim tańczeniu na scenie

O tym, że taniec i balet są coraz popularniejsze wśród amatorów raczej nie muszę Was przekonywać. To super sprawa, że ludzie ruszyli się z kanap i zaangażowali w coś tak rozwojowego, jak taniec. Taniec, i współczesny, nowoczesny, jak i taniec klasyczny to bardzo dużo radości, satysfakcji, uśmiechu na twarzy. Choć nie tylko – to też wysiłek, pot, a czasami krew. Balet to nie tylko pointy, tutu, #adultballet, #adultballerina i gratulacje ze wszystkich stron. To ciężka praca dla tych, którzy wybrali profesjonalną drogę, ale też dla tych, którzy zainteresowali się nim już jako dorosłe osoby. 

Człowiek może wykrzesać z siebie naprawdę dużo, ważne, żeby miał cel, do którego zmierza. Będąc w szkole baletowej ten cel jest od początku jasno określony – należy ją skończyć i zdobyć dyplom zawodowego tancerza. Dalsze losy są już bardzo indywidualnym wyborem absolwentów. Ale jaki cel mają amatorzy, którzy pewnego dnia przychodzą na pierwszą lekcję tańca klasycznego, najczęściej jeszcze w skarpetkach i bardzo często z rozpuszczonymi włosami (to ja!)…? I czy ten cel nie zmienia się z czasem? Zmienia, zmienia 🙂 Zmienia się wtedy, kiedy do takiej osoby dociera, że w sumie to chyba może trochę więcej, niż wydawało jej się, kiedy wstawała z kanapy.

Dlatego pomyślałam, że dobrze byłoby opowiedzieć o tym, jak wygląda życie osoby, która amatorsko, choć bardzo intensywnie, zajmuje się tańcem, w tym przypadku tańcem klasycznym. Jak wygląda codzienne życie, trening, z jakimi trudnościami przychodzi się mierzyć i jakie sukcesy się osiąga. Po co to się robi i z kim. I tak po prostu – czy warto. Do rozmowy zaprosiłam moją cudowną Zuzię Dłużniewską, której znajomości warszawskiego #adultballet na pewno nie można odmówić. Podzieliłam materiał na kilka części, dzisiaj chciałabym Wam ją przedstawić i poruszyć temat tego, co tak naprawdę można w tym amatorskim balecie ugrać – i jak to zrobić 🙂

taniec klasyczny

Co wspólnego ma Zuzia z Shape of chaos?

Zuzię, co pewnie nikogo nie zdziwi, znam z tańców. Kiedy dołączyłam do pewnej grupy modern jazz, ona już tam była. Przez kilka miesięcy wspólnie tańczyłyśmy, choć wtedy jeszcze pochłonięte różnymi innymi projektami. Moja ogromna sympatia do Zuzi zrodziła się w wakacyjnej przerwie, kiedy znalazłam się na warsztatach tańca klasycznego, w zaawansowanej grupie, w której z całą pewnością nie powinnam była się wtedy znaleźć. Jeśli chodziliście kiedykolwiek na taniec klasyczny, wyobraźcie sobie siebie na początku baletowej drogi na warsztatach zaawansowanej grupy – tak, to ja i mój stan psychiczny wtedy. Zuzia wtedy postawiła mnie za sobą i powiedziała „rób to, co ja” – nie było to osiągalne, ale wtedy zrodziła się moja miłość do niej. I tak już zostało. To taka osoba, z którą nigdy nie mówimy sobie „hej, co słychać?„, bo w sumie nasz kontakt od kilku lat trwa nieprzerwanie, całodobowo i jest tam wszystko: śmiech, łzy, plotki, sporo tańca i sporo planów na przyszłość. Jesteśmy też dla siebie „kontrolerami jakości” – jeśli któraś z nas ma wątpliwości co do choreografii, jakości filmiku z tańców czy zdjęcia, wiecie, chodzi o krzywą stopę na zdjęciu, niedoprostowane kolano, ciężkawą dłoń, to ta druga na pewno jej powie czy nasza jakościowa granica została przekroczona. Nie chodzi o to, żeby było idealnie, ale chodzi o to, żeby nie było poniżej naszych możliwości. Polecam każdemu, kto tańczy, znalezienie takiego kontrolera!

O Zuzi

Zuzia jest ekspertką od mediów oraz integracji międzykulturowej i migracji. Zawodowo działa w obszarze pozarządowym i kulturze. Prowadzi swoją Fundację Przypływ Kultury, organizuje takie wydarzenia, jak np. Wielokulturowe Street Party, które przez kilka lat odbywało się na ulicach Warszawy. Zajmuje się też koordynowaniem prac przy rożnych wydarzeniach: muzycznych, rozpowszechniających kulturę innych narodów oraz integrujących mieszkańców Warszawy. Do tego social media, PR, pozyskiwanie dofinansowań… Tego typu praca realizowana jest w nienormowanych godzinach, co oznacza, że Zuzia może pozwolić sobie na poranne lekcje tańca, ale za to często pracuje późnym wieczorem czy w weekend. 

Zuzia to rocznik 1988, a tańcem klasycznym zajmuje się od 2011 roku, czyli zaczęła mając 23 lata. Jest amatorką, oznacza to, że nie posiada żadnego formalnego wykształcenia z zakresu tańca – nie ukończyła szkoły baletowej, nie studiowała tańca. Jej edukacja taneczna to prywatne, amatorskie szkoły tańca. Warto zaznaczyć też, że taniec nie jest  Zuzi źródłem zarobków. Zuzia nie jest urodzoną kobietą-gumą, kiedy zaczynała tańczyć szpagat czy sznurek były bardzo odległym planem – który oczywiście zrealizowała, a ja ją za to podziwiam! Uprzedzę pytania – szczupła sylwetka Zuzi to nie wynik intensywnego trenowania tańca klasycznego, choć taniec wpłynął u niej  na wzrost tkanki mięśniowej. 

Tyle słowem wstępu, zapraszam do przeczytania naszej rozmowy o Zuzi początkach i środku. Końca jej baletowej przygody nie ma i bardzo długo nie będzie! 🙂 

Autorką wszystkich zdjęć w tym wpisie jest Natalia Świdlicka

taniec klasyczny

Wywiad – o początkach i o tym, gdzie można dojść

Zuzia, zacznijmy tak typowo: opowiedz mi jak i kiedy zaczęła się Twoja przygoda z tańcem klasycznym. 

Na pierwszą lekcję klasyki trafiłam jak miałam jakoś 22 lata. Wcześniej błąkałam się po różnych szkołach tańca, byłam na zajęciach z broadway jazz, tańca irlandzkiego, tańca brzucha, do tego jeździłam na łyżwach, na rowerze, skakałam na batucie, a prócz tego… były zajęcia aktorskie, kursy rysunku, grafiki komputerowej, tkactwa artystycznego, witrażu, zajęcia wokalne, gra na pianinie i tak dalej. Miałam dużo szczęścia, bo rodzice pozwalali mi próbować. W efekcie często rezygnowałam po roku (lub miesiącu) z danej aktywności “bo to nie było to” i rzucałam się w coś nowego. Moja siostra była tancerką, siadała przed telewizorem w sznurku, zwijała się w precel i pytała czy nie chcę spróbować. Zazdrościłam jej, ale wstydziłam się.

Ale w końcu się przełamałaś. 

Tak, w końcu trafiłam już jako dorosła osoba na lekcję klasyki. W sumie przypadkiem, bo w szkole do której kiedyś chodziłam na inne zajęcia otworzyli grupę od zera –  ok, to czemu nie spróbować, primabaleriną  co prawda nie zostanę, ale może przyda mi się to do innych technik. I nagle okazało się, że nie przeszkadza to, że jestem chuda i kanciasta! Muzyka klasyczna koi nerwy, a w trakcie zajęć liczy się to, co tu i teraz: czy dźwignę nogę, czy utrzymam balans. Pół roku później grupę rozwiązano i szukałam nowej szkoły. Trafiłam do szkoły „Piruecik” do grupy, gdzie byłam ja po pół roku nauki i dziewczyny, które na pewno miały już dużo więcej doświadczenia.

I zostałaś. I chyba było warto?

Tak, skok na głęboką wodę. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Przyszłam zadowolona, że wiem co to jest battement tendu, z pointami w torbie, no bo przecież już pół roku chodzę na zajęcia, a okazało się, że nie jestem w stanie powtórzyć odrobinę utrudnionej kombinacji. Wtedy zaproponowano mi zajęcia indywidualne, żeby “nadrobić”. Trafiłam pod skrzydła Dagmary Dryl, wszystko, czego się nauczyłam w pierwszych latach zapewniam właśnie jej i jej profesjonalnemu podejściu.

Zostałas przy klasycę czy rozszerzyłaś ją o inne techniki?

Kiedy trafiłam na lekcje klasyki wiedziałam, że to to i na tym chcę się skupić. Dodatkowo zaczęłam chodzić na jogę ashtangę, pilates i stretching. Teraz chodzę jeszcze na zajęcia modern jazz, a ostatnio zaczęłam przygodę z aerial hoop – tu jest jak z baletem na początku – jestem beznadziejna i mam ochotę zapaść się pod ziemię, ale walczę!

taniec klasyczny balet

Wiem, że chodzenie na zajęcia w pewnym momencie przestało wystarczać, teraz regularnie występujesz na scenie, ostatnio coraz częściej można Cię podziwiać – przy okazji zachęcam czytelników do wybrania się na cokolwiek, w czym tańczy Zuzia. Ale do rzeczy, kiedy wystąpiłaś po raz pierwszy?

Jeżeli chodzi o balet, to pierwszy raz wystąpiłam po dwóch latach nauki. Byłam bardzo zestresowana, bardzo szczęśliwa i bardzo nieświadoma… ilości błędów które popełniam!  Ostatnio oglądałam nagranie z tego koncertu i uśmiałam się z tego, co ja tam wyprawiałam. To była wariacja umierającego łabędzia, dziś należy do moich ulubionych. Co do samego stresu i emocji: zanim zaczęłam tańczyć klasykę, wiele lat byłam w różnych amatorskich grupach teatralnych, trafił się nawet epizod szkoły aktorskiej, z której jednak szybko zrezygnowałam. Wychodząc na scenę w pointach czułam pewną ulgę, że nie muszę panować nad głosem i tekstem, a mogę skupić się na ciele, choreografii i oddaniu emocji. Uwielbiam wariacje, w których można postawić na emocje, to też trochę pomaga zapomnieć o stresie. Wychodzę na scenę i jestem wtedy umierającym łabędziem, a nie zestresowaną dziewczyną, która zastanawia się czy się wywali, czy może potknie i spadnie ze sceny lądując z gracją słonia na kolanach pana w pierwszym rzędzie.

Rzeczywiście ta aktorska strona to według mnie Twoja bardzo mocna strona. Twój pierwszy występ musiał wypaść całkiem dobrze, bo wiem, że przez następne lata takich pokazów wykonałaś naprawdę dużo. Tańczyłaś też w zespole Les Ballet de Pologne.

Tak, znajoma z zajęć zaczęła planować założenie zespołu dla amatorów i “półprofesjonalistów”. To był super pomysł, coś, co na Zachodzie jest bardzo popularne przeniosła do Polski, dając szansę osobom bez dyplomu szkoły baletowej na pokazanie się w klasycznym repertuarze. Oczywiście było dużo głosów za i dużo głosów przeciw tej idei. Padały głosy o profanacji sztuki baletowej. Myślę, że we wszystkim trzeba zachować zdrowy rozsądek. Każda z osób, która wtedy była w zespole doskonale wiedziała na jakim jest poziomie i do niego też były dostosowywane nasze choreografie, nikt nie aspirował do bycia primabaleriną. Tańczyliśmy, bo to kochamy i dawaliśmy z siebie wszystko jako amatorzy.

Jak wspominasz współpracę z tym zespołem?

Dzięki zespołowi Les Ballets poznałam wiele choreografii z baletów klasycznych, miałam okazje tańczyć w naszym corps de ballet, a także wariacje solowe. Nie powiem, było ciężko, doprowadzenie grupy amatorów do poziomu nadającego się do pokazania na scenie wymagało od nas wielogodzinnych prób, była krew, był pot i były łzy. A później niesamowita radość z występu na scenie. Jestem bardzo wdzięczna Natalii Żuk, że mogłam brać w tym udział.

Co ciekawe – sama z tego zespołu odeszłaś. To odważna decyzja, biorąc pod uwagę, że amatorzy nie mają zbyt wielu możliwości regularnego pokazywania się na scenie. Wydawać by się mogło, że nie mając alternatywnego zespołu….

Na moje odejście z zespołu złożyło się bardzo wiele czynników. Również aspekt zdrowotny. Trochę się zajechałam, wysiłek fizyczny plus związany z występami stres, nakładające się w pracy projekty i kolejne stresy doprowadziły do tego, że posypało mi się zdrowie. Obecność na zajęciach zaczęła się wiązać nie z przyjemnością i walką z balansem, a walką z tym, żeby nie zemdleć przy drążku. Musiałam pewne rzeczy przewartościować i podjąć tę decyzję.

Na szczęście okazało się, że można występować dalej, dostosowując swój plan występów do aktualnej sytuacji zawodowej, zdrowotnej i w ogóle życiowej.  Sama w tym roku miałam przyjemność tańczyć z Tobą w dwóch spektaklach i wspólnie zmagać się w ich trakcie z wirusem. Co teraz planujesz?

Występuję na koncertach prywatnych szkół baletowych do których uczęszczam (Piruecik, Akademia Masterclass Izabeli Milewskiej). Zazwyczaj są to wariacje solowe. Obecnie przygotowuję wariację Medory z „Korsarza” i wariację Henrietty z „Raymondy”. Z grupą modern jazz wystąpiliśmy dwa razy w tym roku z przygotowanym przez pana Bartosza Anczykowskiego spektaklem „Fado”, w czerwcu pokażemy też nowe choreografie na koncercie szkolnym. Zdarzają się też różne zaproszenia, tak jak ostatnio na Międzynarodowy Dzień Tańca w Bielańskim Ośrodku Kultury, gdzie tańczyłam wariację Nikiji z „Bajadery”.

Wybierasz i prezentujesz wariacje z różnych baletów. Zastanawia mnie kto i na jakiej podstawie decyduje o tym, nad czym zaczynasz pracować. 

Wariację wybiera się wspólnie z pedagogiem, czasem to ja proponuję wariację i pedagog stwierdza czy jest w porządku dla mnie – tzn. czy nie jest za trudna albo czy może niekoniecznie dobrze ja się w niej zaprezentuję. Czasami pedagog sam proponuje wariację – nauczyciele nas znają, widzą nasze słabe i dobre strony, proponują coś w czym możemy pokazać swoje atuty. Czasami zdarza się też tak, że wariacje, nad którymi pracujemy nie są nigdzie pokazywane, bo z czasem okazuje się, że nam “nie leżą”.

Ja wygląda Twoje przygotowanie do występu, kiedy masz już wybraną wariację?

Jeżeli chodzi o proces nauki, to ja zawsze staram się obejrzeć ją na Youtube milion razy. Staram się też wybierać wariacje, których muzyka wpada mi w ucho, tak, że jestem ją w stanie później prawie że odśpiewać. Oglądając wariacje można zobaczyć, że składają się z powtarzalnych sekwencji, tzn. taka sama kombinacja w jedną i druga stronę, i takimi sekwencjami też uczę się wariacji na początku. Dopiero kiedy poznam je już wszystkie nakładane są na to korekty, niuanse. Poprawiamy ułożenie głowy, rąk, nadajemy wariacji charakter. Wielu pas (kroków baletowych) nie znam, więc wolę każdy krok przejść z pedagogiem od początku do końca. Bardziej doświadczone osoby przychodzą na zajęcia indywidualne z nauczoną choreografią z Youtube i tam są one ewentualnie poprawiane.

Żeby to robić i się nie zniechęcać trzeba to naprawdę lubić. Chyba niewielka część osób, która trenuje taniec klasyczny amatorsko decyduje się na pokazywanie na scenie. Czemu Ty to robisz?

W samym występowaniu najfajniejsze jest dla mnie wcielanie się w rolę. Scena to tak naprawdę jedyne miejsce, w którym możesz być każdym – dumną królową, zakochaną księżniczką, delikatną dziewczyną albo wiedźmą. Najgorszy jest stres, który dużo psuje, zwłaszcza jeżeli czujesz, że to nie twój dzień, coś cię boli, jesteś chora, a przecież zależy ci, żeby zatańczyć jak najlepiej, bo koncert jest jeden, drugiej szansy nie będzie. Dla mnie scena to też z jednej strony wyjście poza strefę komfortu – w życiu codziennym nie lubię być w centrum uwagi, a tutaj wychodzę na środek i muszę się zmierzyć z tym, że wszystkie, a przynajmniej większość oczu skierowanych jest na mnie. Z drugiej strony to sprawdzian umiejętności – na sali przechodzi się wariację milion razy, wiem kiedy głowa do tego rogu, kiedy do tamtego, tutaj ręka bardziej do lustra, tutaj do głośnika… Na scenie zdarza się, że są 3 czarne ściany plus ściana światła (widownia) i trzeba sobie poradzić.

Czyli wyzwania Cię mobilizują. Widziałam wiele Twoich kreacji, ale Nikija z „Bajadery” to moja ulubiona, może dlatego, że zobaczyłam Cię w zupełnie innym charakterze niż wcześniej. Podsumowując – myślisz, że jeśli Ty amatorsko, ale bardzo ciężko, trenujesz i występujesz to każdy, kto ćwiczy taniec klasyczny też tak może?

Koncerty szkół tańca według mnie są po to, żeby każdy mógł się na nich zaprezentować. Wiadomo, im lepiej chcesz wypaść, tym więcej musisz ćwiczyć, ale mamy różne budowy, różne możliwości. Najważniejsze to dać z siebie wszystko i przede wszystkim mieć z tego fun.

Kochani, na dziś to tyle! Nasza rozmowa ma ciąg dalszy, w najbliższych dniach pojawią się kolejne części rozmowy z Zuzią – o codziennym życiu i treningu tancerki-amatorki oraz rozmowa ogólnie o tańcu osób dorosłych i zjawisku „adultballet”.

Ponieważ Zuzia jest odrobinę zawstydzona pojawieniem się tu, byłoby super, gdybyście zostawili dla otuchy jakieś reakcje! 🙂 A jeśli macie jakieś pytania do niej, to myślę, że możecie je zadać – myślę, że da się coś jeszcze zrobić, żeby pojawiły się na nie odpowiedzi! 😉

baletnica

 

Znajdziesz mnie tutaj!
Facebook
Twitter
Instagram

5 Replies to “„Prosimy na scenę…” – rozmowa z Zuzią o amatorskim tańczeniu na scenie

  1. Bardzo inspirujący wywiad i przepiękne zdjęcia! Myślę, że Zuzia jako doświadczona dorosła tancerka nie powinna absolutnie niczego się wstydzić, tylko jak najbardziej przekazywać swoje przemyślenia i rady 🙂 To na pewno może okazać się pomocne i niejednej osobie doda otuchy 🙂

    1. Tak, ja też myślę, że nie ma czego się wstydzić! Dziękujemy za miłe słowa! I będę się starać, żeby i ona, i inne sensowne osoby mogły przekazać tu na blogu co maja do powiedzenia 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *