Rak i taniec, czyli weź się zbadaj!

Dwa tygodnie temu wyszłam z wizyty kontrolnej w warszawskim Centrum Onkologii.

Po raz pierwszy trafiłam tam w 2009 roku, bardzo chora. Inny szpital zdiagnozował u mnie nowotwór złośliwy, ale odesłał do specjalistów. Jak wyglądało moje życie w tamtym momencie? Od kilku tygodni mieszkałam w Warszawie, gdzie zaczęłam studia. Kilka miesięcy wcześniej matura, a jeszcze wcześniej kurs na instruktora fitness. W ogóle moje życie wtedy to była sala gimnastyczna i dużo tańca. Tak też było w momencie, kiedy już w Warszawie trafiłam do szpitala – miałam poumawiane castingi do rożnych projektów, do prowadzenia zajęć fitness, a kilka dni wcześniej dostałam propozycję dołączenia do projektu tanecznego. 

Ale zamiast tego trafiłam do Centrum Onkologii.

Taniec i rak

Potwierdzenie diagnozy, plan leczenia, dodatkowe badania, zmiana planu leczenia, zmiana właściwie wszystkiego. Zakaz ruchu i tańca, bo zmiany w brzuchu groziły rozerwaniem śledziony w trakcie wysiłku fizycznego. Zakaz złamałam wielokrotnie, przyznaję. Byłam tą łysą ledwo żyjącą dziewczyną na sali, która mimo wszystko stara się tańczyć. Pewnie drugi raz nie znalazłabym takiej odwagi w sobie. Wtedy po prostu pomijałam spojrzenia innych, a ważna była tylko opinia prowadzących zajęcia (dziękuję!)

Taniec w tej historii nie jest przypadkiem. Tuż przed diagnozą rozpoczęłam studia z pedagogiki osób niepełnosprawnych, ale cel miałam jeden – podyplomową szkołę psychoterapii tańcem za kilka lat. To dla niej po maturze postanowiłam wyprowadzić się 500 km od domu i przez najbliższe lata dążyć w tym kierunku. Z jednej strony nie przyjmowałam do wiadomości, że nie będę mogła się ruszać, a z drugiej… sama w trakcie leczenia doświadczyłam psychoterapii tańcem jako pacjentka i to był dla mnie kolejny szok – nigdy w życiu nie chcę się tym zajmować! Utrata włosów, brwi, rzęs, przerwanie studiów, leżenie w domu i ogromny ból fizyczny to jedno, ale utrata mięśni, wydolności organizmu oraz jakiegokolwiek planu na życie było dużo gorsze. 

Tak minął rok w Centrum Onkologii.

Życie po raku

Onkologicznie wyzdrowiałam, choć szczerze… byłam żywym trupem. Kalendarzowo złożyło się tak, że prosto po leczeniu mogłam zacząć studia od nowa lub zrobić jeszcze jeden zalecany rok przerwy. Wybrałam studia, już wtedy przypadkowe, bez planu na to, co dalej, na to, co za miesiąc i na to, co za dwa dni. Po pół roku zaczęłam wracać do ruchu, co okupione było dużym bólem, ale przecież miało być proste. Nie było. Im więcej tego ruchu było, tym gorzej się czułam. Nie musiałam długo czekać, żeby dowiedzieć się, że chemioterapia uszkodziła mi serce. 

Bycie młodą osobą, której rozwaliło się życie, plany, zdrowie, która przeszła szpitalne piekło, a po drodze poznała wiele osób, które chwilę potem umarły, nie jest łatwe. Tym bardziej nie było łatwe w obliczu choroby serca, braku konkretnego planu leczenia i tym razem już nakazu pożegnania się z ruchem. Przez cały czas walki z nowotworem myślałam, że wyleczę się i wszystko wróci do normy. Kiedy zobaczyłam, że wcale nie chcę pracować z niepełnosprawnymi ani zajmować się psychoterapią tańcem było ciężko, ale nadal myślałam, że wyleczę się i przecież coś na pewno wymyślę. Ale kiedy dowiedziałam się, że mam chore serce…  Mimo upływu lat nadal uważam, że sam nowotwór to nie taka wielka sprawa w porównaniu z tym, z czym się po nim zostaje. Życie po raku jest szalenie trudne. Im mniej wiesz, im mniej widziałeś i doświadczyłeś, tym lepiej śpisz. 

Jak to się stało, że dziś jestem tu, w tańcu, zdrowiu, ruchu, ciągłym pędzie?

Nie mam krótkiej i jasnej odpowiedzi. Nasze całe życie to suma małych decyzji podejmowanych codziennie. Decyzji, które nie są częścią żadnego planu, po prostu się dzieją. To rozpacz, że nie można tańczyć, kłótnie z lekarzami, kupno domowego steppera i umieranie na nim przy każdych 10 minutach. To myśl kilka miesięcy później, że chyba jakoś lepiej się już oddycha, że można iść na bieżnię. Zajrzenie po jodze na salę w fitness klubie, zostanie na salsie. Jedna salsa, druga salsa, trzecia salsa. Propozycja od znajomej prowadzenia zajęć jako instruktor. Więcej tańca, wszystko przypadkowe. Kłótnie z bliskimi o mój styl życia, kłótnie o to, że jeśli w cokolwiek w życiu wierzę, to w ruch i intuicję. To jeden wykładowca, dzięki któremu zmieniam ścieżkę edukacyjną, potem dostaję pracę, idę na kolejne tańce, poznaję kogoś, kto mówi mi o czymś, trafiam gdzieś, słyszę o czymś, idę na studia z teorii tańca, tańczę, tańczę, tańczę. Żyję bez planu. Naprawdę, nie mam żadnego. To zabawne, bo często mam tak zapchany kalendarz (metaforycznie, bo chyba nie myślicie, że chodzący chaos ma swój kalendarz), że nie sposób się ze mną umówić.

A teraz… po co to w ogóle piszę.

Życie to nie jedna decyzja

Nasze życie to suma bardzo małych decyzji, bardzo małych rozmów, bardzo małych kwot. Suma minut. Kilku minut powielonych razy miliard. Nie zastanawiam się czy mogłam uniknąć choroby, natomiast przysięgam Wam, że nic nie jest warte jej przechodzenia. Nie zastanawiam się czy mogłam jej uniknąć, ale za to wiem, że często można. Że nasze życie to suma maleńkich decyzji, jak ta o zrobieniu morfologii za 10 zł lub w ramach skierowania od lekarza NFZ, jak ta o zrobieniu cytologii, jak ta o oglądaniu swojego ciała. Maleńkie decyzje: usg brzucha, rtg kości, echo serca. Wiem, że nie wydają się małe, kiedy trzeba je podjąć. Nie ma się czasu, pieniędzy, a w przychodni kolejki. Ale gwarantuję, że jeśli zrobicie badanie kontrolne, ot tak, albo badanie diagnostyczne, bo czujecie dziwny dyskomfort w jelitach, a wynik badania będzie w normie, to za kilka miesięcy nawet nie będziecie o nim pamiętać, tak maleńkie to jest w skali całego życia. Ale jeśli wynik nie będzie okej, to ta maleńka decyzja o skręceniu do laboratorium i powiedzeniu „poproszę morfologię z rozmazem i OB” może okazać się największą i najważniejszą w Waszym życiu.

W ogóle nie chcę straszyć. Strach częściej paraliżuje niż motywuje. Jeśli ktoś z Was dowiedziałby się, że jest chory, byłabym pierwszą, która powie, że będzie beznadziejnie, ale dasz radę. Oczywiście, że ludzie nadal umierają na raka, ale NIE WSZYSCY. A poza tym nie tylko o raka w tym chodzi… Wielu z nas ma wielkie marzenia, a równie mocno co rak, w naszych planach namieszać może kleszcz, niezdiagnozowana celiakia czy pogarszający się szybko wzrok. Nie macie się badać ze strachu przed chorobą, ale raczej w wyniku dbania o życie. 

Ja te dwa tygodnie temu wyszłam z wizyty kontrolnej w Centrum Onkologii z informacją, że nadal, niezmiennie od 8 lat – jestem zdrowa. Także gdybyście kiedykolwiek byli w takim nieszczęsnym położeniu w trakcie diagnozowania onkologicznego to serio, pamiętajcie o mnie zanim położycie się umierać z myślą, że przecież nikt nigdy z tego nie wyszedł. Wyszedł, wyszedł i nawet gdzieśtam poszedł!

PS Całkowicie świadomie pomijam szczegóły medyczne, nie są one Wam do niczego potrzebne 🙂

Znajdziesz mnie tutaj!
Facebook
Twitter
Instagram

7 Replies to “Rak i taniec, czyli weź się zbadaj!

  1. Poryczałam się po Twoim wpisie.
    No dobra, już w trakcie.
    W tym momencie trochę brak mi słów. Myślę, że to jeden z lepszych postów, które kiedykolwiek czytałam. Może dlatego, że napisałaś z tak wielką, bezpretensjonalną szczerością i… Ech. Może dlatego, że u mnie w życiu ostatnio troszkę podobnie…
    Podziwiam Twój hart ducha, Twoje zaangażowanie i rozwój. Że się nie poddałaś i dalej brniesz do przodu. Trzymam za Ciebie kciuki. I będę brać z Ciebie przykład.

    1. Dziękuję, bardzo bardzo mi miło!
      Tak naprawdę moja walka z rakiem przez taniec trwała aż 7 lat, do momentu, kiedy zatańczyłam w konkursie, w którym chciałam zatańczyć wiele lat wcześniej… 🙂 Wtedy poczułam, że już wszystko „odzyskane” i dalsza taneczna droga może być już bardzo dowolna 🙂

  2. Jesteś wielka. Staram się badać w miarę regularnie, ale dzięki Tobie przejrzę teczkę z ostatnimi badaniami, czy czegoś nie warto powtórzyć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *