Życie pełne pracy czy życie pełne pasji?

Świat stoi teraz w takim trochę szpagacie, pomiędzy tym, że liczy się tylko ciężka praca, żeby osiągnąć swoje cele, a tym, że należy zwolnić i ogólnie wrzucić na luz. Wydaje mi się, a nawet po rozmowach ze znajomymi wiem to, że coraz trudniej trzeźwo ocenić skalę swojej pracy – czy to, co robię to lenistwo, bo inni robią więcej, czy może dużo trudu i nieustanna praca – bo inni robią dużo mniej?

20180723_165058_0001

Wiecie, ja naprawdę w życiu nie robię rzeczy których nie chcę. No okej, jest może jeden czy dwa wyjątki… Ale moje zdrowotne problemy sprzed kilku lat jasno uporządkowały mi kwestie takie jak spotkania z ludźmi, z którymi nie chcę się spotykać, robienie rzeczy na pokaz, których nigdy bym nie zrobiła czy jakieś konwencjonalne zachowania, które nie są moim klimatem – po prostu bez żalu i bez wyrzutów sumienia tego nie robię. Dzięki temu ja naprawdę jaram się moim życiem. I unikając takich zadań, które roboczo zwę bullshitem mam trochę więcej czasu na te wszystkie kolorowe cudowności mojego życia. Jasne, że nie wszystkie jego obszary wyglądają super, ale to, co robię na co dzień, nad czym pracuję często przerasta nawet moje oczekiwania.

Zima i wiosna to było niekończące się pasmo zadań do wykonania. Praca zawodowa jedna, druga, trzecia (pracuję na etacie, a okresowo podejmuję się zleceń, które polegają na pisaniu)… Treningi, próby, spektakle, konkursy. Studia, zaliczenia, pisanie prac zaliczeniowych, pisanie pracy dyplomowej, obrona, a raczej dwie obrony, bo pierwszy termin został w dniu obrony odwołany… Każdy wiosenny weekend spędzony w teatrze na próbach. Do tego dużo obejrzanych spektakli, napisane recenzje, wciskanie w tak zwany międzyczas pracy nad blogiem i jakichś resztek życia towarzyskiego. Nie narzekam! Jestem wdzięczna jak cholera za to wszystko! Ale rozumiem też coraz bardziej to, co wydarzyło się po 30 czerwca. To dzień, w którym miałam i obronę, i próbę sceniczną, i spektakl. A następnego dnia… padłam. I tak od trzech tygodni leżę. No dobra, ściemniam, bo nadal pracuję, ogarniam bloga i trochę się ruszam, ale jestem naprawdę zmęczona. Dlatego urlop, który właśnie zaczęłam, spadł mi z nieba.

IMAG3802_2 (1)

Ale chcę powiedzieć coś innego – mi naprawdę obronienie pracy czy zatańczenie w spektaklu nie dają jakiejś mega satysfakcji. I to jest w sumie wspaniałe! Nie jestem i nigdy nie byłam rywalizującą osobą – obserwuję i szanuję konkurencję w każdej dziedzinie, ale nie przejmuję się nią zanadto, bo po prostu chcę robić swoje i po swojemu. Chętnie uczę się na ich błędach, ale nie mam potrzeby martwić się tym, co robią inni, bo dosyć dobrze zdaję sobie sprawę z moich mocnych i słabych stron i tu konkurencja mi w niczym nie może zagrozić czy pomóc. I nie dla odhaczenia celu  robię te moje różne rzeczy. Tak jak pisałam wyżej, nie robię w życiu rzeczy, których nie chcę robić. A to co robię, robię właśnie dla ROBIENIA. Jaram się drogą, poszukiwaniem, uczeniem i docieraniem do celu. I kiedy tak wracałam 30 czerwca w nocy do domu, obładowana ubraniami, kwiatami i innymi tobołkami, to czułam nie satysfakcję i radość, tylko raczej pustkę, bo oto właśnie straciłam dwie rzeczy, które zajmowały ogrom mojego czasu – weekendowe próby i studia. Na początku myślałam, że to smutne, że cały czas muszę coś robić, ale dzisiaj, z perspektywy czasu, myślę, że to wspaniałe, że mam tak wielki głód robienia ukochanych przeze mnie rzeczy – i to nie dla pieniędzy, papierka czy sławy, a dla poczucia, że elementy układanki są na swoim miejscu.

Mój urlopowy plan nie zawiera w sobie planu – robię to, na co mam ochotę. Jestem nad morzem, jestem na działce, jestem w domu, jestem na sali tanecznej… Jem, piję, czytam, rysuję, piszę i oglądam. Albo śpię. Po prostu. Coś, co dla innych jest wysiłkiem i ciężką pracą (często „bez sensu”), stało się częścią mnie. Lubię tego mojego bloga, robienie zdjęć, robienie różnych kreatywnych rzeczy, tańczenie i bardzo, bardzo lubię pisanie – a ostatnio znowu piszę dużo. I dzięki temu, że tak to lubię, to mimo, że nazywam to czasami pracą i bywam tym zmęczona, to właśnie samo robienie tych rzeczy daje mi większą satysfakcję niż oklaski i gratulacje.

Znajdziesz mnie tutaj!
Facebook
Twitter
Instagram

3 Replies to “Życie pełne pracy czy życie pełne pasji?

  1. Identyfikuję się z Pani „dylematem” zawartym we wstępie posta. Czuję wewnętrzną niezgodę na etos ciężkiej pracy, która np. moim rodzicom nie przyniosła jakichś szczególnych kroci na tzw. starość. Czy życie naprawdę musi być w znoju i trudzie? Z drugiej strony minimalną ilość pieniędzy mieć trzeba, a nawet dużą. ech…

  2. No i super. Bądź sobą, rób swoje… I tyle. Ja też często padałam na nos i przeklinałam to, co robię… Ale z perspektywy czasu myślę sobie, że byłam pioruńsko szczęśliwa, bo owszem, padałam, ale po pracy, którą uwielbiałam 🙂 I o to chyba chodzi, żeby to co kochamy tak nas absorbowało, żebyśmy padali na nos (moze być też na inną część ciała) 😉 Można też padać z nicnierobienia… Tu upadki są bardziej bolesne 🙁

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *